Bardzo powszechnym zjawiskiem w średniowieczu, jak również w późniejszych epokach aż po wiek XX, było dzielenie domu ze zwierzętami. Wynikało to z kilku powodów, spośród których wymienić można zapewnienie bezpieczeństwa domowemu przychówkowi przed uprowadzeniami ze strony ludzi i drapieżników, odsuwając tym samym widmo ewentualnego głodu. Inną istotną kwestią było dodatkowe dogrzewanie chałupy ciepłem emitowanym zarówno przez zwierzęta jak i przez nawarstwiany pod nimi obornik.
Niniejszy projekt realizowałem w pracy, w Rezerwacie Archeologicznym w Kaliszu - Zawodziu, gdzie w jednej z chat od 2014 roku nocuje nasze stadko owiec wrzosówek. Dotychczasowa zagroda zbudowana była doraźnie, przy użyciu współczesnych metod jak piła, tarcica i gwoździe, wykończona była sosnowymi dranicami, które udarłem rok wcześniej, i spełniając swoje zadanie stała do początku tego roku kiedy to postanowiłem zastąpić ją zagrodą którą mógł wykonać człowiek średniowiecza. Niestety nie posiadam zdjęć stanu przed podjęciem prac, bo byłem sceptyczny do pokazywaniu publicznie zajęć służbowych, jednak w miarę jak roboty posuwały się na przód uznałem to za dość ciekawe, by upamiętnić to w tym prywatnym cyberpamiętniku.
Dłuższą ze ścian wykonałem z sosnowych stempli, ułożonych pomiędzy wbitymi w klepisko, wcześniej opalonymi słupkami. Żeby konstrukcja nie było luźna część słupków posiada haki z naturalnych odgałęzień które spinają ściankę do kupy.
Krótszą ściankę, której oryginalne relikty widać na pierwszych zdjęciach, wykonałem z dranic odzyskanych z rozbiórki pierwszej zagrody. Ścianka ta musiała być dość lekka, gdyż założyłem, że będzie ona jednocześnie furtą, możliwą do otwierania i zamykania przez jedną osobę. Całość poskładałem na bukowe kołki, pod które otwory wypalałem prętem. Furtę zamyka się metodą klinowania po skosie brzozową żerdzią.
Ostatnim elementem, który ma umilić owcom życie, a nam prace gospodarcze jest drabinka na siano, wykonana głównie ze świeżej olchy, choć część prętów jest też z wiązu. Otwory pod pręty wierciłem świdrem. Mocując drabinkę do ściany u dołu podparłem ją na dębowych kołkach a u góry podwiesiłem na hakach z wierzby.
Na koniec całość pomalowałem pokostem. Teraz trzeba poczekać aż owce wrócą z wczasów.
wtorek, 4 kwietnia 2017
poniedziałek, 27 marca 2017
Tarcza Pana Bolesława
Pan Bolesław Zaręba zobaczywszy tarczę, którą zrobiłem dla jego pocztowego, Macieja z Barda i dla siebie kazał tarczę sprawić. Tarczę godną rycerskiego stanu...
Topolowe deski sezonowały się ponad rok nim zacząłem je strugać na początku lutego. Bez pośpiechu spasowałem dziewięć deseczek o grubości nie przekraczającej palca. Składałem je na bukowe kołeczki, które strugałem z kupnych kołków montażowych, za grubych w stosunku do grubości deski. Poszczególne deski łączy zwykle około pięciu kołeczków.
Kolejnym etapem było sklejenie desek przy użyciu kleju kostnego. Na czas wiązania kleju przewiązałem całość sznurkiem, co by profil wyszedł w miarę równy.
Kiedy formatka przypominała jeszcze rzymskie scutum, zeszlifowałem nadmiar kleju, po czym kolejną warstwą uzupełniłem ewentualne nierówności, by znów zeszlifować wszystko aż do uzyskania gładkiej powierzchni, wówczas dopiero przystąpiłem do wycinania pożądanego kształtu, opartym na powszechnym w ikonografii z XII i XIII stulecia wydłużonym trójkącie z zaokrąglonymi kątami górnego rantu.
Zanim znak Zarębów przybrał barwy czerni i bieli współczesnego Księstwa Kaliskiego, które przedstawiłem już na tarczy Macieja z Barda, poświęciłem trochę czasu na godne wykończenie tyłu tarczy. Przygotowałem w tym celu temperę opartą na ochrze, pozyskanej z kieszeni kamienia polnego. Sama ochra ma kolor żółty, więc by uniknąć skojarzeń z żydostwem lub kurewstwem, postanowiłem ją wyprażyć by pociemniała w ton czerwonobrązowy.
Gotowy szczyt.
Topolowe deski sezonowały się ponad rok nim zacząłem je strugać na początku lutego. Bez pośpiechu spasowałem dziewięć deseczek o grubości nie przekraczającej palca. Składałem je na bukowe kołeczki, które strugałem z kupnych kołków montażowych, za grubych w stosunku do grubości deski. Poszczególne deski łączy zwykle około pięciu kołeczków.
Kolejnym etapem było sklejenie desek przy użyciu kleju kostnego. Na czas wiązania kleju przewiązałem całość sznurkiem, co by profil wyszedł w miarę równy.
Kiedy formatka przypominała jeszcze rzymskie scutum, zeszlifowałem nadmiar kleju, po czym kolejną warstwą uzupełniłem ewentualne nierówności, by znów zeszlifować wszystko aż do uzyskania gładkiej powierzchni, wówczas dopiero przystąpiłem do wycinania pożądanego kształtu, opartym na powszechnym w ikonografii z XII i XIII stulecia wydłużonym trójkącie z zaokrąglonymi kątami górnego rantu.
Na powyższych zdjęciach widać jeszcze nierówności głównego rantu, które później wyprowadziłem na prosto. Z reguły staram się nie używać współczesnych miar, to też proporcje tarczy odmierzałem na ćwierci, dłonie i piędźi, w końcu "po to bozia dała oczy, żeby robić na oko" ;) .
Gotową formatkę okleiłem płótnem lnianym. Najpierw wąskim pasem zgrzebnej tkaniny wzmocniłem samą krawędź po obwodzie, następnie płat tegoż płótna przykleiłem od spodu, tak by nadmiar przewinąć przez rant. Do oklejenia frontu użyłem niebielonego płótna o delikatniejszym splocie, nałożyłem je w dwóch warstwach, za każdym razem ponownie nadmiarem oklejając rant. Ostatecznie więc, na rancie tarczy znalazły się 4 warstwy kompozytu lniano - klejowego, za każdym razem przycięte na względnie równą szerokość.
Imacz i paski mocujące do przedramienia przytwierdziłem na kute gwoździe,które wydają mi się bardziej praktycznym rozwiązaniem niż stosowane przez ludzi nity, gdyż w razie oberwania skóry prościej jest dokonać naprawy. By zapobiec obrywaniu skóry zastosowałem podkładki, które wyciąłem z miedzianej blachy. Pod imaczem przybiłem skórzaną kopertę, którą później wypchałem surówką owczego runa, użyłem do tego bardzo wdzięcznych, kutych gwoździków, pozyskanych z destruktu starej walizki z dykty.
Końcowym etapem było ozdobienie tarczy znakiem Pana Bolesława, mianowicie półlwem i czterema rodowymi klejnotami rodu Zarembów. W tym miejscu zaproponowałem Panu Bolesławowi nietypową metodę, którą podpatrzyłem kiedyś na jednym z zachodnich dworów . Chodzi o uplastycznienie znaku, wycinając go ze skóry i naklejając na tarczę, następnie kładąc gesso i farbę. Pan Bolesław dał zgodę.
Gotowy szczyt.
niedziela, 26 lutego 2017
Zawieszka z wężem
Podczas eksperymentów z ołowiem pokusiłem się o odwzorowanie mało znanego zabytku ze Starego Miasta w Kaliszu.
Dzisiejsza dzielnica Stare Miasto stanowiła bezpośrednie otoczenie grodu na Zawodziu w czasach jego największej prosperity i rozumiana była wówczas jako Kalisz in situ. Skupiała w sobie handel i rzemiosło, o czym świadczą odkrywane zabytki i obiekty identyfikowane jako warsztaty rzemieślnicze. Wczesnośredniowieczny Kalisz staje się Starym Miastem wraz ze zdobyciem grodu na Zawodziu przez Henryka Brodatego w 1233 i przeniesieniu ośrodka władzy do nowo wybudowanego grodu.
Tak zwana zawieszka ze żmiją została odkryta w 2006 roku, podczas badań stanowiska "Sad" na Starym Mieście, prowadzonych przez IAiE PAN, informacja o niej pojawiła się w lokalnym kwartalniku kulturalnym i tyle. Osobiście dowiedziałem się o zawieszce z książki wydanej pod koniec zeszłego roku z okazji 60 -lecia Stacji Archeologicznej PAN w Kaliszu, stamtąd też pochodzi skan na którym oparłem rekonstrukcję.
Zadanie było stosunkowo proste,szybkie i przyjemne. Rozklepałem placek ołowiany, do grubości 2-3 mm, by następnie wyciąć obcęgami zarys zawieszki. Nieregularne krawędzie wygładziłem na piaskowcowej osełce. Wizerunek węża wyryłem odręcznie szpilorkiem, podobnie wzór na odwrocie zawieszki. Również szpikulcem przebiłem otwór do zawieszania, a na koniec całość wypolerowałem kawałkiem sukna.
Zastanawiam się nad interpretacją autorów, określających tego węża jako żmiję. Odnoszę bowiem wrażenie, że pojedyncza kreska widoczna za głową węża nie powstała przypadkowo, i może wskazywać ze na plakietce przedstawiony jest zaskroniec. Żmiję zwykło się przedstawiać z charakterystycznym zygzakiem wzdłuż ciała, który jest swoistym identyfikatorem węża. Uznałem więc, że ostrożniej będzie posługiwać się terminem zawieszka z wężem
niedziela, 19 lutego 2017
Os sepiae
Kontynuując wątek odlewnictwa metali niskotopliwych spróbowałem odlewu w formie przygotowanej w os sepiae - kości mątwy. Nazwa jest umowna, jako że mątwa będąc mięczakiem kośćca nie posiada, a tytułowa kość to zredukowana muszla wewnętrzna.
W udokumentowanej historii mątwy wykorzystywane były gospodarczo już w starożytności, jako źródło białka, barwnika zwanego sepią, i owej kości służącej głównie jako materiał ścierny.
Dzięki plastyczniej strukturze i stosunkowo wysokiej odporności na wysokie temperatury, kość mątwia wykorzystywana była także do przygotowywania form odlewniczych, wystarczyło wręcz odcisnąć w niej wzór by uzyskać gotową formę.
Odlewaniu gorącego metalu towarzyszy charakterystyczny smród. Forma w przypadku ołowiu zachowuje swoją żywotność dość długo, powinna wystarczyć na kilka egzemplarzy, jak na razie odlałem trzy żetony ze smokiem bez strat na jakości wzoru. W przypadku cynowej plakietki sprawa była nieco bardziej skomplikowana ze względu na jej ażurową formę, którą trudniej odciska się w kości mątwy, a odlany egzemplarz trudniej jest z niej wyjąć bez uszkodzenia formy.
Pracując z tym niecodziennym materiałem zastanawiałem się nad możliwą dostępnością os sepiae na Ziemi Kaliskiej w okresie rozbicia dzielnicowego. W naszym morzu mątew nie ma, a nawet gdyby były to morze daleko, więc kości i tak musiałyby docierać szlakami kupieckimi. Nie wykluczone więc, że i z nad odleglejszych mórz docierać mogły, wszak w X wieku gość kupił wielbłąda na prezent.
W udokumentowanej historii mątwy wykorzystywane były gospodarczo już w starożytności, jako źródło białka, barwnika zwanego sepią, i owej kości służącej głównie jako materiał ścierny.
Dzięki plastyczniej strukturze i stosunkowo wysokiej odporności na wysokie temperatury, kość mątwia wykorzystywana była także do przygotowywania form odlewniczych, wystarczyło wręcz odcisnąć w niej wzór by uzyskać gotową formę.
Odlewaniu gorącego metalu towarzyszy charakterystyczny smród. Forma w przypadku ołowiu zachowuje swoją żywotność dość długo, powinna wystarczyć na kilka egzemplarzy, jak na razie odlałem trzy żetony ze smokiem bez strat na jakości wzoru. W przypadku cynowej plakietki sprawa była nieco bardziej skomplikowana ze względu na jej ażurową formę, którą trudniej odciska się w kości mątwy, a odlany egzemplarz trudniej jest z niej wyjąć bez uszkodzenia formy.
Pracując z tym niecodziennym materiałem zastanawiałem się nad możliwą dostępnością os sepiae na Ziemi Kaliskiej w okresie rozbicia dzielnicowego. W naszym morzu mątew nie ma, a nawet gdyby były to morze daleko, więc kości i tak musiałyby docierać szlakami kupieckimi. Nie wykluczone więc, że i z nad odleglejszych mórz docierać mogły, wszak w X wieku gość kupił wielbłąda na prezent.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































