Nie pamiętam już czy o tym czytałem, czy słyszałem, minęło sporo czasu, jednak idea kija pielgrzymiego wykończonego skórką z jeża inspirowała mnie od dawna. Nie dawno zaś, trafił się jeż...
I to nie byle jaki, pęknięty jeż z drogowego wypadku, a padły z głodu w wykopie pod fundament młody jeżyk. Celowo zaznaczam, że stwór zdechł z głodu, bo znacznie ułatwiło mi to robotę (Mam świadomość dramatu śmierci z głodu, ale i tak bywa w świecie, zwłaszcza zantropogenizowanym -vide Nowe Delhi). Jesienne jeże są tłuste co bardzo utrudnia oczyszczenie skóry, która jakby nie patrzeć, nie należy do najłatwiejszych w obróbce.
Tak więc, zanim z jeżem mogło zacząć dziać się coś złego, szybko ostrugałem kostur z wierzbowej gałęzi, tak by uzyskać na końcu kuliste zgrubienie. Kij opaliłem po całej długości, zgrubienie zwęgliłem nieco bardziej niż resztę, całość zapokostowałem.
Skórkę z jeża zdjąłem sprawnie, przesypałem ją nieco solą i przykleiłem dziegciem na koniec kostura. Dla pewności przybiłem ją między igłami kilkoma mikrogwoździami. Świadomie nałożyłem skórkę surową, uznając że sól, dziegieć i węgiel wystarczająco ją spreparują.
Na sam koniec, przezornie uzbroiłem laskę w ołowianą tesserę, mającą według zapewnień chronić wędrowca przed ukąszeniami węży.
Teraz puenta, po co to? Czemu to służy? Otóż, wedle tego co kiedyś czytałem/słyszałem, laski obite jeżem były doskonałą bronią przeciwko, mniej lub bardziej, zdziczałym psom które pielgrzymi często mogli spotykać na szlakach czy wiejskich opłotkach. Nie wykluczone również, że uderzenie w nos mogło odpędzić wilka (przynajmniej tego jednego, który atakował od frontu :) ).
Po wstępnych testach, które ze względów "humanitarnych" przeprowadzałem tylko na ludziach, laski tego typu mogły być niezłym orężem do samoobrony. Gwarantowały spory zasięg, przy czym były całkiem poręczne, igły zaś zapewniały trafionemu nie zapomniane doznania - cios w większe partie mięśni, boli nawet kilka dni. Myślę więc, że potencjalne trafienie w twarz, mogło mieć bardzo poważne konsekwencje.
Jako, że mało fotografii mam z tego projektu pozwoliłem sobie uzupełnić relację dwoma zdjęciami Tomasza Potemkowskiego, które ładnie oddają detale i proporcje przedmiotu.
poniedziałek, 13 listopada 2017
piątek, 10 listopada 2017
Patynki
Dość ciekawy projekt, który wyszedł przypadkiem.
Zaczęło się od tego, że jakoś wiosną zorganizowałem sobie klocek, topolowy, z którego chciałem drzeć deski, w zupełnie innych celach. Wówczas też odbyłem kilka wielce cennych rozmów z panem Piotrem Kłodą, ekspertem od drewna. Podążając więc za jego sugestiami, przepołowiłem kłodę topolową i zostawiłem na noc, by na drugi dzień zaobserwować czy włókna nie skręcają się spiralnie względem rdzenia. Uczyniłem to jednak tylko dla formalności, sprawdzając teorię w praktyce, bo już przy przepoławianiu zauważyłem skręcenie, które zasadniczo wykluczało moje deskowe plany. Postanowiłem jednak nie odpuszczać i poporcjowałem klocek na dość grube deski (cienkie od razu skręcały się w śmigła).
Później, latem, jedną z prostszych desek wyrównałem toporkiem i z braku lepszego pomysłu odrysowałem na niej swoje buty umyślając, że wyciosam patynki. Nie kierowałem się żadnym konkretnym źródłem, podążałem tylko za ogólną ideą.
Z grubsza wyciosane "podeszwy"obrobiłem dłutem, jako, że lubię powierzchnie dłutowane i zaimpregnowałem pokostem. Od spodu zaś wysmarowałem patynki dziegciem. Wcześniej jednak uznałem, że śmiesznie by było, gdyby moje patynki pozostawiały po sobie jakiś charakterystyczny ślad na mokrej ziemi, wymyśliłem więc (a raczej ściągnąłem pomysł z butów rzymskich) system antypoślizgowy złożony z nabitych od spodu bukowych kołeczków, które układają się w dość popularny aż do lat 40. XX wieku wzór.
Na koniec przybiłem paski skóry które po dopasowaniu do butów powiązałem dratwą, przewidując kilka dziurek na ewentualne regulacje. Zdjęcia gotowym patynkom zrobiłem dopiero jesienią, jakoś w październiku. Póki co użyłem ich raz po lipcowych deszczach by stwierdzić że, faktycznie chronią buty przed przemoczeniem, choć uważać trzeba na swe kroki. Myślę jednak, że w średniowiecznych miastach mogła to być całkiem przydatna rzecz.
Zaczęło się od tego, że jakoś wiosną zorganizowałem sobie klocek, topolowy, z którego chciałem drzeć deski, w zupełnie innych celach. Wówczas też odbyłem kilka wielce cennych rozmów z panem Piotrem Kłodą, ekspertem od drewna. Podążając więc za jego sugestiami, przepołowiłem kłodę topolową i zostawiłem na noc, by na drugi dzień zaobserwować czy włókna nie skręcają się spiralnie względem rdzenia. Uczyniłem to jednak tylko dla formalności, sprawdzając teorię w praktyce, bo już przy przepoławianiu zauważyłem skręcenie, które zasadniczo wykluczało moje deskowe plany. Postanowiłem jednak nie odpuszczać i poporcjowałem klocek na dość grube deski (cienkie od razu skręcały się w śmigła).
Później, latem, jedną z prostszych desek wyrównałem toporkiem i z braku lepszego pomysłu odrysowałem na niej swoje buty umyślając, że wyciosam patynki. Nie kierowałem się żadnym konkretnym źródłem, podążałem tylko za ogólną ideą.
Z grubsza wyciosane "podeszwy"obrobiłem dłutem, jako, że lubię powierzchnie dłutowane i zaimpregnowałem pokostem. Od spodu zaś wysmarowałem patynki dziegciem. Wcześniej jednak uznałem, że śmiesznie by było, gdyby moje patynki pozostawiały po sobie jakiś charakterystyczny ślad na mokrej ziemi, wymyśliłem więc (a raczej ściągnąłem pomysł z butów rzymskich) system antypoślizgowy złożony z nabitych od spodu bukowych kołeczków, które układają się w dość popularny aż do lat 40. XX wieku wzór.
Na koniec przybiłem paski skóry które po dopasowaniu do butów powiązałem dratwą, przewidując kilka dziurek na ewentualne regulacje. Zdjęcia gotowym patynkom zrobiłem dopiero jesienią, jakoś w październiku. Póki co użyłem ich raz po lipcowych deszczach by stwierdzić że, faktycznie chronią buty przed przemoczeniem, choć uważać trzeba na swe kroki. Myślę jednak, że w średniowiecznych miastach mogła to być całkiem przydatna rzecz.
piątek, 3 listopada 2017
Puklerze
Praca z sierpnia... Złożyłem dwa puklerze do ćwiczeń fechtunkowych opartych na Walpurgis Fechtbuch, dziele szerzej znanym jako I.33, datowanym na okolice roku 1300. Tarcze z założenia miały być wytrzymałe i żywotne, więc topolowe deseczki najpierw okleiłem płótnem, a następnie skórą. Solidne umba przytwierdziłem na gwoździe, podobnie jak imacze. Na koniec dodatkowo obiłem ranty skórzanymi paskami. Malowanie sobie darowałem, zabezpieczając tylko całość pastą olejowo-woskową. Średnica tarcz to niecałe 30cm, wagi nie znam, są dość masywne, głównie przez grubość umb (ca. 3mm) jednak mieszczą się w granicach rozsądku.
Jako ciekawostkę warto przywołać przedstawienie puklerza z Antyfonarza lubiąskiego, datowanego na (prawdopodobnie) 1210 rok, jest to bodaj najstarsze znane mi przedstawienie tak małej okrągłej tarczy.
A także pana z puklerzem w pozycji szermierczej z Psałterza z Rutland datowanego na rok 1260, co wskazywać by mogło, że, jak słusznie zauważył mój druh Gierko, że fechtunek z puklerzami musiał rozwijać się dużo wcześniej przed namalowaniem manuskryptu I.33, który niejako zebrał do kupy najlepsze triki.
Jako ciekawostkę warto przywołać przedstawienie puklerza z Antyfonarza lubiąskiego, datowanego na (prawdopodobnie) 1210 rok, jest to bodaj najstarsze znane mi przedstawienie tak małej okrągłej tarczy.
A także pana z puklerzem w pozycji szermierczej z Psałterza z Rutland datowanego na rok 1260, co wskazywać by mogło, że, jak słusznie zauważył mój druh Gierko, że fechtunek z puklerzami musiał rozwijać się dużo wcześniej przed namalowaniem manuskryptu I.33, który niejako zebrał do kupy najlepsze triki.
poniedziałek, 11 września 2017
Kaptur pszczelarski
Są projekty przy których człowiek średniowiecza musi nieco ustąpić człowiekowi XXI wieku, praca z pszczołami jest na to dobrym przykładem, nawet jeśli ustępstwo ma tyczyć jednego detalu
Dziś już nikt nie jest spragniony słodkiego smaku tak bardzo, by ignorować użądlenia. Jak było przed wiekami, nie wiem, ale się domyślam... Dobrą analogią mogą być wciąż żyjące kultury, które rabują gniazda dzikich pszczół, bez zabezpieczeń używając jedynie dymu (film).
Ikonografia średniowieczna nieczęsto pokazują pszczelarzy przy pracy, a jeśli już takie przedstawienia występują to nie łatwo jest coś z tego wywnioskować. Sporo informacji przekazują ilustracje z bizantyjskiej Geoponiki, jednak żadna z przedstawionych tam postaci, podobnie jak na innych znanych mi miniaturach z epoki, nie używa ochrony twarzy.
Pierwszym źródłem pokazującym pszczelarzy w strojach ochronnych jest grafika Pietera Bruegela. Zaprezentowane na niej postacie noszą długie tuniki ze zintegrowanymi kapturami osłoniętymi siatką przypominającą sieć pajęczą.
Nie mając pewności czy przedstawieni pszczelarze nie są przypadkiem mnichami pracującymi w klasztornej pasiecie, i jednocześnie nie będąc przekonanym do funkcjonalności kaptura połączonego z tuniką rozważałem, rozważałem wykonanie osobnego kaptura. Z pomocą przyszła mi książka mojego syna pt. "Pszczoły" - ilustracja z niej źródłem jest żadnym, ale inspiracją pierwszorzędną :)
Mając więc w miarę wyobrażenie tego co chcę robić przystąpiłem do pracy. Obręcz maski wykonałem ze świeżego pręta wiązowego, który za radą Ostrego Rybaka prażyłem w korze nad żarem dogasającego ogniska, wyginając go w oczekiwany kształt.
Następnie w nawiercone w obręczy otworki osadziłem cieńsze gałązki tworzące prostą kratę, która przy obszywaniu całości rzadko tkanym płótnem stanowiła dodatkowe usztywnienie całości.
Płótno lub nawet drobna siateczka mocno ogranicza widoczność, wiedzą o tym pszczelarze więc siatka używana w kapeluszach pszczelarskich od strony twarzy zawsze jest czarna, wówczas widoczność znacznie się poprawia, ot magia. By zaczernić płócienną siatkę zmieszałem roztopiony wosk z utartą sadzą i piórkiem rozprowadziłem go po całości. By uzyskać równomierne zaczernienie wygrzewałem maskę na słońcu i przecierałem ją ściereczką.
Na końcu z grubego, jasnego płótna uszyłem najprostszy w kroju kaptur z prostokąta i wszyłem w niego maskę. Całość prezentuje się nieźle, co może poświadczyć niniejsza miniatura brata Tomasza, i bardzo dobrze sprawdza się w praktyce. O samej praktyce dawnego pszczelarstwa będę musiał napisać w innym tekście, podsumowującym dwa lata ostatnich doświadczeń.
Dziś już nikt nie jest spragniony słodkiego smaku tak bardzo, by ignorować użądlenia. Jak było przed wiekami, nie wiem, ale się domyślam... Dobrą analogią mogą być wciąż żyjące kultury, które rabują gniazda dzikich pszczół, bez zabezpieczeń używając jedynie dymu (film).
Ikonografia średniowieczna nieczęsto pokazują pszczelarzy przy pracy, a jeśli już takie przedstawienia występują to nie łatwo jest coś z tego wywnioskować. Sporo informacji przekazują ilustracje z bizantyjskiej Geoponiki, jednak żadna z przedstawionych tam postaci, podobnie jak na innych znanych mi miniaturach z epoki, nie używa ochrony twarzy.
Pierwszym źródłem pokazującym pszczelarzy w strojach ochronnych jest grafika Pietera Bruegela. Zaprezentowane na niej postacie noszą długie tuniki ze zintegrowanymi kapturami osłoniętymi siatką przypominającą sieć pajęczą.
Nie mając pewności czy przedstawieni pszczelarze nie są przypadkiem mnichami pracującymi w klasztornej pasiecie, i jednocześnie nie będąc przekonanym do funkcjonalności kaptura połączonego z tuniką rozważałem, rozważałem wykonanie osobnego kaptura. Z pomocą przyszła mi książka mojego syna pt. "Pszczoły" - ilustracja z niej źródłem jest żadnym, ale inspiracją pierwszorzędną :)
Mając więc w miarę wyobrażenie tego co chcę robić przystąpiłem do pracy. Obręcz maski wykonałem ze świeżego pręta wiązowego, który za radą Ostrego Rybaka prażyłem w korze nad żarem dogasającego ogniska, wyginając go w oczekiwany kształt.
Następnie w nawiercone w obręczy otworki osadziłem cieńsze gałązki tworzące prostą kratę, która przy obszywaniu całości rzadko tkanym płótnem stanowiła dodatkowe usztywnienie całości.
Płótno lub nawet drobna siateczka mocno ogranicza widoczność, wiedzą o tym pszczelarze więc siatka używana w kapeluszach pszczelarskich od strony twarzy zawsze jest czarna, wówczas widoczność znacznie się poprawia, ot magia. By zaczernić płócienną siatkę zmieszałem roztopiony wosk z utartą sadzą i piórkiem rozprowadziłem go po całości. By uzyskać równomierne zaczernienie wygrzewałem maskę na słońcu i przecierałem ją ściereczką.
Na końcu z grubego, jasnego płótna uszyłem najprostszy w kroju kaptur z prostokąta i wszyłem w niego maskę. Całość prezentuje się nieźle, co może poświadczyć niniejsza miniatura brata Tomasza, i bardzo dobrze sprawdza się w praktyce. O samej praktyce dawnego pszczelarstwa będę musiał napisać w innym tekście, podsumowującym dwa lata ostatnich doświadczeń.
poniedziałek, 21 sierpnia 2017
Farbowanie płótna bzem
Dłuższy czas nosiłem się z zafarbowaniem kawałka płótna, rozważałem możliwości historyczne i współczesne, ot tak, żeby sprawdzić.
Dziś z małżonką myśl obróciliśmy w czyn i zafarbowaliśmy płótno sokiem z owoców czarnego bzu.
Sok uzyskaliśmy gotując całe kiście owoców w garze, a następnie cedząc go od części stałych. Całą czynność powtarzaliśmy dwa razy, żeby uzyskać soku na tyle dużo, by swobodnie dało się w nim zanurzyć cały materiał.
W celu utrwalenia barwnika posłużyliśmy się ałunem, którego połowę (około 50g) wsypaliśmy do podgrzewanego soku, kiedy był już w nim materiał. Drugą połowę rozpuściliśmy w zimnej wodzie w której materiał został przepłukany po barwieniu.
Wypłukane płótno rozwiesiliśmy do wyschnięcia. Kolor jak na razie jest ładny i równomierny, bez zacieków. Po wyschnięciu prawdopodobnie zmieni nieco barwę.
Dziś z małżonką myśl obróciliśmy w czyn i zafarbowaliśmy płótno sokiem z owoców czarnego bzu.
Sok uzyskaliśmy gotując całe kiście owoców w garze, a następnie cedząc go od części stałych. Całą czynność powtarzaliśmy dwa razy, żeby uzyskać soku na tyle dużo, by swobodnie dało się w nim zanurzyć cały materiał.
W celu utrwalenia barwnika posłużyliśmy się ałunem, którego połowę (około 50g) wsypaliśmy do podgrzewanego soku, kiedy był już w nim materiał. Drugą połowę rozpuściliśmy w zimnej wodzie w której materiał został przepłukany po barwieniu.
Wypłukane płótno rozwiesiliśmy do wyschnięcia. Kolor jak na razie jest ładny i równomierny, bez zacieków. Po wyschnięciu prawdopodobnie zmieni nieco barwę.
niedziela, 13 sierpnia 2017
Taborety
Kolejny zaległy wpis niejako (choć odlegle) nawiązuje do tematu pulpitu, głównie ze względu na miniaturę, która z miejsca nasuwa mi się na myśl kiedy o pulpitach i taboretach myślę...
To znaczy najpierw jeden poskładałem, po czym opaliłem drewno i zaimpregnowałem pokostem. Ten taboret trafił do brata Tomasza, który niedługo potem dał mi kolejnych kilka desek na śledzie do namiotu.
Dopiero po jakimś czasie złożyłem, opaliłem i zapokostowałem drugi taboret, ten zostawię sobie.
Trzeci, w postaci obrobionych elementów wciąż czeka na swoje pięć minut. A że zapewne trafi jako podatek na dwór książęcy trochę jeszcze może poczekać.
To znaczy najpierw jeden poskładałem, po czym opaliłem drewno i zaimpregnowałem pokostem. Ten taboret trafił do brata Tomasza, który niedługo potem dał mi kolejnych kilka desek na śledzie do namiotu.
Dopiero po jakimś czasie złożyłem, opaliłem i zapokostowałem drugi taboret, ten zostawię sobie.
Trzeci, w postaci obrobionych elementów wciąż czeka na swoje pięć minut. A że zapewne trafi jako podatek na dwór książęcy trochę jeszcze może poczekać.
piątek, 11 sierpnia 2017
Pulpit
Pożytkując długie, letnie dni na realizację nowych projektów narobiłem sobie zaległości z opracowywaniem rzeczy gotowych. Myślę jednak, że z czasem wszystko nadgonię.
Już ponad miesiąc temu zrobiłem dwustronny pulpit do pisania. Ten dość prosty mebel wykonałem z tartych desek dębowych, dla niepoznaki tylko strugając je ośnikiem i docierając suchym skrzypem. Elementy łączyłem używając kołków struganych z buku, oraz żelaznych gwoździ, dodatkowo łączenia spoiłem klejem kazeinowym wersji 3.0. W celu zabezpieczenia przed robakiem i wilgocią całość opaliłem i natarłem olejem lnianym.
Na koniec zamontowałem dwie skórzane kieszenie, podbite do poprzeczek od wewnątrz i kozie różki na inkaust.
W ikonografii wczesnego średniowiecza większość pulpitów to pochylone płyty stojące na jednej nodze, zwykle używane są przez ewangelistów lub autorów dzieł. Szeregowych kopistów przedstawia się rzadko. Toteż przygotowując pulpit dla mnicha skryby sugerowałem się jednak nieco młodszymi, XIV- wiecznymi przedstawieniami, oraz sugestiami uczonego w piśmie brata Tomasza, który jako jedyny w naszym grodzie będzie umiał zrobić z niego pożytek.
Już ponad miesiąc temu zrobiłem dwustronny pulpit do pisania. Ten dość prosty mebel wykonałem z tartych desek dębowych, dla niepoznaki tylko strugając je ośnikiem i docierając suchym skrzypem. Elementy łączyłem używając kołków struganych z buku, oraz żelaznych gwoździ, dodatkowo łączenia spoiłem klejem kazeinowym wersji 3.0. W celu zabezpieczenia przed robakiem i wilgocią całość opaliłem i natarłem olejem lnianym.
Na koniec zamontowałem dwie skórzane kieszenie, podbite do poprzeczek od wewnątrz i kozie różki na inkaust.
W ikonografii wczesnego średniowiecza większość pulpitów to pochylone płyty stojące na jednej nodze, zwykle używane są przez ewangelistów lub autorów dzieł. Szeregowych kopistów przedstawia się rzadko. Toteż przygotowując pulpit dla mnicha skryby sugerowałem się jednak nieco młodszymi, XIV- wiecznymi przedstawieniami, oraz sugestiami uczonego w piśmie brata Tomasza, który jako jedyny w naszym grodzie będzie umiał zrobić z niego pożytek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































