Dłuższy czas nosiłem się z zafarbowaniem kawałka płótna, rozważałem możliwości historyczne i współczesne, ot tak, żeby sprawdzić.
Dziś z małżonką myśl obróciliśmy w czyn i zafarbowaliśmy płótno sokiem z owoców czarnego bzu.
Sok uzyskaliśmy gotując całe kiście owoców w garze, a następnie cedząc go od części stałych. Całą czynność powtarzaliśmy dwa razy, żeby uzyskać soku na tyle dużo, by swobodnie dało się w nim zanurzyć cały materiał.
W celu utrwalenia barwnika posłużyliśmy się ałunem, którego połowę (około 50g) wsypaliśmy do podgrzewanego soku, kiedy był już w nim materiał. Drugą połowę rozpuściliśmy w zimnej wodzie w której materiał został przepłukany po barwieniu.
Wypłukane płótno rozwiesiliśmy do wyschnięcia. Kolor jak na razie jest ładny i równomierny, bez zacieków. Po wyschnięciu prawdopodobnie zmieni nieco barwę.
poniedziałek, 21 sierpnia 2017
niedziela, 13 sierpnia 2017
Taborety
Kolejny zaległy wpis niejako (choć odlegle) nawiązuje do tematu pulpitu, głównie ze względu na miniaturę, która z miejsca nasuwa mi się na myśl kiedy o pulpitach i taboretach myślę...
To znaczy najpierw jeden poskładałem, po czym opaliłem drewno i zaimpregnowałem pokostem. Ten taboret trafił do brata Tomasza, który niedługo potem dał mi kolejnych kilka desek na śledzie do namiotu.
Dopiero po jakimś czasie złożyłem, opaliłem i zapokostowałem drugi taboret, ten zostawię sobie.
Trzeci, w postaci obrobionych elementów wciąż czeka na swoje pięć minut. A że zapewne trafi jako podatek na dwór książęcy trochę jeszcze może poczekać.
To znaczy najpierw jeden poskładałem, po czym opaliłem drewno i zaimpregnowałem pokostem. Ten taboret trafił do brata Tomasza, który niedługo potem dał mi kolejnych kilka desek na śledzie do namiotu.
Dopiero po jakimś czasie złożyłem, opaliłem i zapokostowałem drugi taboret, ten zostawię sobie.
Trzeci, w postaci obrobionych elementów wciąż czeka na swoje pięć minut. A że zapewne trafi jako podatek na dwór książęcy trochę jeszcze może poczekać.
piątek, 11 sierpnia 2017
Pulpit
Pożytkując długie, letnie dni na realizację nowych projektów narobiłem sobie zaległości z opracowywaniem rzeczy gotowych. Myślę jednak, że z czasem wszystko nadgonię.
Już ponad miesiąc temu zrobiłem dwustronny pulpit do pisania. Ten dość prosty mebel wykonałem z tartych desek dębowych, dla niepoznaki tylko strugając je ośnikiem i docierając suchym skrzypem. Elementy łączyłem używając kołków struganych z buku, oraz żelaznych gwoździ, dodatkowo łączenia spoiłem klejem kazeinowym wersji 3.0. W celu zabezpieczenia przed robakiem i wilgocią całość opaliłem i natarłem olejem lnianym.
Na koniec zamontowałem dwie skórzane kieszenie, podbite do poprzeczek od wewnątrz i kozie różki na inkaust.
W ikonografii wczesnego średniowiecza większość pulpitów to pochylone płyty stojące na jednej nodze, zwykle używane są przez ewangelistów lub autorów dzieł. Szeregowych kopistów przedstawia się rzadko. Toteż przygotowując pulpit dla mnicha skryby sugerowałem się jednak nieco młodszymi, XIV- wiecznymi przedstawieniami, oraz sugestiami uczonego w piśmie brata Tomasza, który jako jedyny w naszym grodzie będzie umiał zrobić z niego pożytek.
Już ponad miesiąc temu zrobiłem dwustronny pulpit do pisania. Ten dość prosty mebel wykonałem z tartych desek dębowych, dla niepoznaki tylko strugając je ośnikiem i docierając suchym skrzypem. Elementy łączyłem używając kołków struganych z buku, oraz żelaznych gwoździ, dodatkowo łączenia spoiłem klejem kazeinowym wersji 3.0. W celu zabezpieczenia przed robakiem i wilgocią całość opaliłem i natarłem olejem lnianym.
Na koniec zamontowałem dwie skórzane kieszenie, podbite do poprzeczek od wewnątrz i kozie różki na inkaust.
W ikonografii wczesnego średniowiecza większość pulpitów to pochylone płyty stojące na jednej nodze, zwykle używane są przez ewangelistów lub autorów dzieł. Szeregowych kopistów przedstawia się rzadko. Toteż przygotowując pulpit dla mnicha skryby sugerowałem się jednak nieco młodszymi, XIV- wiecznymi przedstawieniami, oraz sugestiami uczonego w piśmie brata Tomasza, który jako jedyny w naszym grodzie będzie umiał zrobić z niego pożytek.
czwartek, 15 czerwca 2017
Kościany grzebień
Moje kolejne podejście do rekonstrukcji zabytku z Zawodzia/Starego Miasta w Kaliszu. Tym razem podjąłem się wykonania grzebienia opartego na fragmencie grzebyka z wyobrażeniem żółwia błotnego. Nie ukrywam, że sporym impulsem do konfrontacji z tym tematem były dla mnie grzebienie które oglądałem u rzemieślników na festynie w Lądzie, które uznałem za mało misterne i niedokładne względem zachowanych oryginałów.
Zacząłem więc od przygotowania materiału. Żebra bydlęce, wcześniej wytrawione w wapnie, pociąłem na kawałki i następnie przełupałem by wyczyścić je z resztek szpiku.
W celu zmiękczenia kości, koniecznego dla ich wyprostowania, z braku dostępu do kwaśnego mleka zalałem je kefirem. Po pierwszej dobie nie zauważyłem żadnych efektów, postanowiłem więc zgodnie za radą Imperatora Igora kości wygotować. Następnie ścisnąłem je między dwiema deskami.
Po wyjęciu płytek z prawidła stwierdziłem, że włożyłem ich tam zbyt dużo o zbyt zróżnicowanej grubości, w skutek czego część płytek rozprostowało się ładnie, część zaś wymagało korekty. Następnym etapem było dokładne oczyszczenie płytek z resztek szpiku i części zwapnionej.
Po dokładniejszych pomiarach oryginału, metodą proporcji oszacowałem przypuszczalny rozmiar kompletnego grzebienia i ilość potrzebnych płytek. Po czym spasowałem płytki pomiędzy okładziny.
Kiedy zanitowałem całość żelaznymi nitami, jak wskazuje oryginał, nieśmiało przystąpiłem do piłowania zębów.
Piłując zęby starałem się zachować proporcję w ich ilości względem oryginalnej płytki, w trakcie piłowania jeden ząb niestety uszkodziłem, ale do końca udało mi się w skupieniu wypiłować resztę bez strat. Na bieżąco ostrzyłem końcówki zębów co widoczne jest na zdjęciu.
W między czasie musiałem wykonać sobie nowy przyrząd do robienia kółeczek o średnicy 2,5 mm, jako że kółeczkownik używany przeze mnie dotychczas jest dwa razy większy.
Ostatnim etapem było ozdobienie okładziny grzebienia, zdecydowałem się na wzór z okładzin grzebienia Nowej Huty, jako że też ma zdobienie zoomorficzne (podobno konie), w dodatku składa się z czterech płytek więc proporcjami też mi przypasował. Warto dodać, że na kaliskim oryginale kółka na żółwiu rytowane są tylko po jednej stronie.
Dla lepszego wyobrażenia niewielkich rozmiarów tego grzebienia wrzucam zdjęcie martwej natury ostatnich wyrobów, noża, grzechotki, solniczki i grzebyka.
Zacząłem więc od przygotowania materiału. Żebra bydlęce, wcześniej wytrawione w wapnie, pociąłem na kawałki i następnie przełupałem by wyczyścić je z resztek szpiku.
W celu zmiękczenia kości, koniecznego dla ich wyprostowania, z braku dostępu do kwaśnego mleka zalałem je kefirem. Po pierwszej dobie nie zauważyłem żadnych efektów, postanowiłem więc zgodnie za radą Imperatora Igora kości wygotować. Następnie ścisnąłem je między dwiema deskami.
Po wyjęciu płytek z prawidła stwierdziłem, że włożyłem ich tam zbyt dużo o zbyt zróżnicowanej grubości, w skutek czego część płytek rozprostowało się ładnie, część zaś wymagało korekty. Następnym etapem było dokładne oczyszczenie płytek z resztek szpiku i części zwapnionej.
Po dokładniejszych pomiarach oryginału, metodą proporcji oszacowałem przypuszczalny rozmiar kompletnego grzebienia i ilość potrzebnych płytek. Po czym spasowałem płytki pomiędzy okładziny.
Kiedy zanitowałem całość żelaznymi nitami, jak wskazuje oryginał, nieśmiało przystąpiłem do piłowania zębów.
Piłując zęby starałem się zachować proporcję w ich ilości względem oryginalnej płytki, w trakcie piłowania jeden ząb niestety uszkodziłem, ale do końca udało mi się w skupieniu wypiłować resztę bez strat. Na bieżąco ostrzyłem końcówki zębów co widoczne jest na zdjęciu.
W między czasie musiałem wykonać sobie nowy przyrząd do robienia kółeczek o średnicy 2,5 mm, jako że kółeczkownik używany przeze mnie dotychczas jest dwa razy większy.
Ostatnim etapem było ozdobienie okładziny grzebienia, zdecydowałem się na wzór z okładzin grzebienia Nowej Huty, jako że też ma zdobienie zoomorficzne (podobno konie), w dodatku składa się z czterech płytek więc proporcjami też mi przypasował. Warto dodać, że na kaliskim oryginale kółka na żółwiu rytowane są tylko po jednej stronie.
Dla lepszego wyobrażenia niewielkich rozmiarów tego grzebienia wrzucam zdjęcie martwej natury ostatnich wyrobów, noża, grzechotki, solniczki i grzebyka.
wtorek, 13 czerwca 2017
Rogi sygnałowe
Kiedy zaczynałem swoją przygodę z szeroko rozumianym odtwórstwem historycznym niemal 12 lat temu, Bractwo Rycerskie Ziemi Kaliskiej realizowało wówczas projekt "Dwór Księstwa Kaliskiego"do którego, jako były puzonista wcielony zostałem na stanowisko nadwornego trębacza.
Projekt minął, grupa zmieniła modus, ja skompletowałem pierwszy strój historyczny jednak trąby nigdy się nie dorobiłem, do czasu aż zacząłem je robić sam.
Pierwszy róg sygnałowy wykonałem w 2012 roku, stosunkowo krótki(23 cm) z drążonym wewnątrz ustnikiem daje wysoki, choć nieco zabawny dźwięk.
Nieco później swój róg zostawił u mnie komes Bronisz. Róg ten nie nadawał się do grania z racji że nie posiadał wyprofilowanego ustnika a jedynie rozwierconą wielką dziurę. Na majstrowskie pytanie "Kto to panu tak spierdolił?" komes uciekał wzrokiem, czerwienił się i unikał odpowiedzi...
Róg ten przeleżał u mnie przeszło cztery lata, nabierając mocy urzędowej, i dopiero niedawno, kiedy za okazyjne 30 złotych kupiłem na kaliskim rynku piękny, jasny róg o długości 35 cm faza na rogi sygnałowe powróciła ze zdwojoną mocą.
Zacząłem od mojego nowego rogu, nie chcąc go zbytnio skracać postanowiłem, że zastosuję osobny lany z brązu ustnik. Niestety nie posiadam żadnych pewnych źródeł potwierdzających taką praktykę w okolicach XIII wieku, aczkolwiek trąby z ustnikami z brązu używane były już w starożytności, czego przykładem jest rzymskie cornu, czy celtycki carnyx , nie mniej jednak, zdaję sobie sprawę, że to dość odległe skojarzenia, cały czas jednak przyświecała mi sentymentalna idea trębacza z kaliskich pieczęci więc róg musiał być wyjątkowy. I okazał się być.
W przeciwieństwie do rogów z drążonymi ustnikami ustnik metalowy okazał się bardziej dźwięczny i głośny, dający mocno metaliczny dźwięk A. Kiedy już pofolgowałem sobie z brązowym ustnikiem pomyślałem, że fajnie będzie koniec czary głosowej również wykończyć brązem, toteż okułem go pasem prosto repustowanej blachy brązowej. Ot miejski lans.
Róg komesa postanowiłem wyleczyć metodą źródłowo bardziej pewną, chociaż też nie popularną, oparłem się na radzie Stanisława Mazurka, wielkiego fachowca w temacie dawnych instrumentów, który polecił mi wykonanie ustnika z poroża. Pośrednią inspirację zaczerpnąłem również z oryginału z Wolina datowanego na okolice XI wieku. Ustnik wpasowałem we wspomnianą już wcześniej dziurę i uszczelniłem woskiem. Przy pierwszych próbach dźwięku zaniepokoił mnie ledwo słyszalny przedmuch, winna temu okazała się być dziura powstała na skutek złuszczenia się wewnętrznej warstwy rogu, tą również zakleiłem woskiem niwelując szum. Kolejne próby wypadły znacznie korzystniej. Tak jak róg z ustnikiem metalowym przywodzi na myśl skojarzenia ze średniowiecznym miastem i koniecznością przebijania się alarmem przez ciżbę mieszczan, tak róg z ustnikiem z poroża wydaje z siebie łagodny i ciepły głos przypominający niskie, basowe buczenie, w sam raz na polowanie do puszczy.
Projekt minął, grupa zmieniła modus, ja skompletowałem pierwszy strój historyczny jednak trąby nigdy się nie dorobiłem, do czasu aż zacząłem je robić sam.
![]() |
| Średniowieczne pieczęcie kaliskie. 1 - najstarsza zachowana pieczęć miasta Kalisza z 1374 r., 2 - pieczęć ławników kaliskich z 1425 r. |
Pierwszy róg sygnałowy wykonałem w 2012 roku, stosunkowo krótki(23 cm) z drążonym wewnątrz ustnikiem daje wysoki, choć nieco zabawny dźwięk.
Nieco później swój róg zostawił u mnie komes Bronisz. Róg ten nie nadawał się do grania z racji że nie posiadał wyprofilowanego ustnika a jedynie rozwierconą wielką dziurę. Na majstrowskie pytanie "Kto to panu tak spierdolił?" komes uciekał wzrokiem, czerwienił się i unikał odpowiedzi...
Róg ten przeleżał u mnie przeszło cztery lata, nabierając mocy urzędowej, i dopiero niedawno, kiedy za okazyjne 30 złotych kupiłem na kaliskim rynku piękny, jasny róg o długości 35 cm faza na rogi sygnałowe powróciła ze zdwojoną mocą.
Zacząłem od mojego nowego rogu, nie chcąc go zbytnio skracać postanowiłem, że zastosuję osobny lany z brązu ustnik. Niestety nie posiadam żadnych pewnych źródeł potwierdzających taką praktykę w okolicach XIII wieku, aczkolwiek trąby z ustnikami z brązu używane były już w starożytności, czego przykładem jest rzymskie cornu, czy celtycki carnyx , nie mniej jednak, zdaję sobie sprawę, że to dość odległe skojarzenia, cały czas jednak przyświecała mi sentymentalna idea trębacza z kaliskich pieczęci więc róg musiał być wyjątkowy. I okazał się być.
W przeciwieństwie do rogów z drążonymi ustnikami ustnik metalowy okazał się bardziej dźwięczny i głośny, dający mocno metaliczny dźwięk A. Kiedy już pofolgowałem sobie z brązowym ustnikiem pomyślałem, że fajnie będzie koniec czary głosowej również wykończyć brązem, toteż okułem go pasem prosto repustowanej blachy brązowej. Ot miejski lans.
Róg komesa postanowiłem wyleczyć metodą źródłowo bardziej pewną, chociaż też nie popularną, oparłem się na radzie Stanisława Mazurka, wielkiego fachowca w temacie dawnych instrumentów, który polecił mi wykonanie ustnika z poroża. Pośrednią inspirację zaczerpnąłem również z oryginału z Wolina datowanego na okolice XI wieku. Ustnik wpasowałem we wspomnianą już wcześniej dziurę i uszczelniłem woskiem. Przy pierwszych próbach dźwięku zaniepokoił mnie ledwo słyszalny przedmuch, winna temu okazała się być dziura powstała na skutek złuszczenia się wewnętrznej warstwy rogu, tą również zakleiłem woskiem niwelując szum. Kolejne próby wypadły znacznie korzystniej. Tak jak róg z ustnikiem metalowym przywodzi na myśl skojarzenia ze średniowiecznym miastem i koniecznością przebijania się alarmem przez ciżbę mieszczan, tak róg z ustnikiem z poroża wydaje z siebie łagodny i ciepły głos przypominający niskie, basowe buczenie, w sam raz na polowanie do puszczy.
poniedziałek, 5 czerwca 2017
Z poroża oprawa noża
W zbiorach Muzeum Okręgowego Ziemi Kaliskiej znajduje się bardzo ładny egzemplarz, wykonanej z poroża oprawki noża. Zabytek pochodzi ze stanowiska Zawodzie - Stare Miasto, został znaleziony bez ostrza i podczas konserwacji uzupełniony współczesną klingą. Fakt ten postanowiłem wykorzystać w swoim projekcie i we własną oprawkę nasadzić kopię wybranego noża z tego samego stanowiska.
Starałem się zachować wymiary oryginałów, zachowując jednak świadomość, że przy odmiennej krzywiźnie odrostka poroża, jak i ubytkach w ostrzu na skutek korozji, różnice wielkości ziarna jęczmienia są umowne.
Zacząłem od przygotowania oprawy wyrównując powierzchnię tarnikiem, następnie gładząc ją papierem ściernym, w międzyczasie przygotowałem odkuwkę ostrza ze stali NCV1, którą zahartowałem i odprężyłem (muszę dodać, że na tym etapie prac bardzo pomagała mi żona ;). Następnie nabiłem trzpień w nawiercony wcześniej otwór. Później wykonałem wstępne ostrzenie.
Mając niemal gotowy nóż przystąpiłem do zdobienia oprawy, jakoś tak wyszło, że nie zrobiłem wszystkiego od razu, a rozłożyłem sobie rytowanie na trzy kolejne wieczory, poświęcając sporo uwagi stosunkowo prostemu, acz przyjemnie uporządkowanemu wzorowi. Na koniec wypełniłem ryty woskiem poczernionym sadzą.
Ostatnim etapem prac było uszycie pochwy dla noża. Etap ten trwał kolejne dwa dni, podczas których rozważałem z jakiej skóry ją uszyć. Ostatecznie wybrałem kawałek czarnej skóry ze starego siodła. Oczywiście celowo szukałem skóry używanej, z historią, jako że spotkałem się z opracowaniami i relacjami archeologów mówiącymi o pochwach do noży wykonywanymi np. ze starych butów. Recykling nie jest nowym wynalazkiem. Gotową pochwę ozdobiłem ażurową wycinanką w trójkąty.
| Oryginalna oprawa. |
| Ostrze trzecie od dołu. |
Zacząłem od przygotowania oprawy wyrównując powierzchnię tarnikiem, następnie gładząc ją papierem ściernym, w międzyczasie przygotowałem odkuwkę ostrza ze stali NCV1, którą zahartowałem i odprężyłem (muszę dodać, że na tym etapie prac bardzo pomagała mi żona ;). Następnie nabiłem trzpień w nawiercony wcześniej otwór. Później wykonałem wstępne ostrzenie.
Mając niemal gotowy nóż przystąpiłem do zdobienia oprawy, jakoś tak wyszło, że nie zrobiłem wszystkiego od razu, a rozłożyłem sobie rytowanie na trzy kolejne wieczory, poświęcając sporo uwagi stosunkowo prostemu, acz przyjemnie uporządkowanemu wzorowi. Na koniec wypełniłem ryty woskiem poczernionym sadzą.
Ostatnim etapem prac było uszycie pochwy dla noża. Etap ten trwał kolejne dwa dni, podczas których rozważałem z jakiej skóry ją uszyć. Ostatecznie wybrałem kawałek czarnej skóry ze starego siodła. Oczywiście celowo szukałem skóry używanej, z historią, jako że spotkałem się z opracowaniami i relacjami archeologów mówiącymi o pochwach do noży wykonywanymi np. ze starych butów. Recykling nie jest nowym wynalazkiem. Gotową pochwę ozdobiłem ażurową wycinanką w trójkąty.
niedziela, 21 maja 2017
Baranina
Do niedawna jeszcze ubój zwierząt gospodarskich był nieodłącznym elementem życia ludności wsi i miast, a później przyszło nowe... Anonimowe mięso, kryte folią na styropianowych tackach, doprowadziło do swoistego wydelikacenia społeczeństwa do tego stopnia, że nauczycielki bledną dziś, kiedy mówię grupom szkolnym, że zwierzęta zabija się na mięso. Tymczasem na Alasce mają w szkole takie zajęcia.
W przypadku owiec, które hodujemy w rezerwacie, sprawa dodatkowo wygląda tak, że w stadzie może być tylko jeden baran dominujący, jeśli wokół niego kręciłyby się młodsze barany to zatłukł by je na śmierć. Toteż kontrolowanie liczebności baranków w stadzie jest czynnością gospodarską starszą pewnie niż Stary Testament.
Maciek syn Maćka, bo tak miał na imię nasz baran alfa, był bardzo wdałym kawalerem owcy wrzosówki, z reguły łagodnym jak baranek, jednak obecność jego syna i upośledzonego nieco baranka Bobka sprawiała, że miewał niekontrolowane ataki szału podczas których niszczył zagrodę owiec w chacie gdzie stado nocuje, a uwolnione stado niszczyło ekspozycję.
Za trzecim razem "pałka się przegła" i kolektywnie postanowiliśmy Maćka ubić. Szybko i bezboleśnie, padł naturalną śmiercią od obucha.
Nie wchodząc w detale, z wierzchnich warstw pozyskałem skórę, mosznę na mieszek i okazałe rogi. Samą zaś tusze po wypłukaniu podzieliłem na porcje. Dwie szynki, dwie łopatki, żebra, grzbiet, oprócz tego sporo luźnego mięsa z karkówki i combra filetowałem na bieżąco (podobno baranina filetowana nie śmierdzi baranem). Okrawki tłuszczu oddzielałem na bieżąco w osobnym kociołku na późniejsze wytopienie łoju.
Następnie mięso filetowane na dwa dni i dwie noce trafiło do marynaty z octu, oleju, miodu, cebuli, marchwi, selera i ziół, których pełną kompozycję zna koleżanka Magda.
Jeden udziec, grzbiet i żebra włożyłem do solanki, gdzie leżały trzy lub cztery dni przygotowując się do wędzenia. Reszta mięsa została zamrożona (i tylko w tym punkcie nasza praca różni się od średniowiecznej, ot przywilej wygodnych czasów).
Mięso z marynaty zjedliśmy z rusztu, w formie szaszłyków z cebulą i suszoną śliwką, było bardzo smaczne, choć niektóre kawałki z karkówki były gumowate.
Mięso przygotowane do wędzenia po wyjęciu z solanki osuszyłem i oprószyłem cząbrem i rozmarynem. Po czym okazało się, że w skrzyni wędzarni "na zimny dym" zagnieździł się jakiś świergotek i musiałem zmienić plany. Toteż udziec umieściłem w mniejszej wędzarni na dym zimny, a gnoty wędziłem w piecu dymem ciepłym. W sumie to wędzę cały czas więc temat smaku i zastosowań kulinarnych tych wędzonek będe musiał poruszyć w innym wpisie.
Ps. A tak rośnie boczek...
W przypadku owiec, które hodujemy w rezerwacie, sprawa dodatkowo wygląda tak, że w stadzie może być tylko jeden baran dominujący, jeśli wokół niego kręciłyby się młodsze barany to zatłukł by je na śmierć. Toteż kontrolowanie liczebności baranków w stadzie jest czynnością gospodarską starszą pewnie niż Stary Testament.
Maciek syn Maćka, bo tak miał na imię nasz baran alfa, był bardzo wdałym kawalerem owcy wrzosówki, z reguły łagodnym jak baranek, jednak obecność jego syna i upośledzonego nieco baranka Bobka sprawiała, że miewał niekontrolowane ataki szału podczas których niszczył zagrodę owiec w chacie gdzie stado nocuje, a uwolnione stado niszczyło ekspozycję.
Za trzecim razem "pałka się przegła" i kolektywnie postanowiliśmy Maćka ubić. Szybko i bezboleśnie, padł naturalną śmiercią od obucha.
Nie wchodząc w detale, z wierzchnich warstw pozyskałem skórę, mosznę na mieszek i okazałe rogi. Samą zaś tusze po wypłukaniu podzieliłem na porcje. Dwie szynki, dwie łopatki, żebra, grzbiet, oprócz tego sporo luźnego mięsa z karkówki i combra filetowałem na bieżąco (podobno baranina filetowana nie śmierdzi baranem). Okrawki tłuszczu oddzielałem na bieżąco w osobnym kociołku na późniejsze wytopienie łoju.
Następnie mięso filetowane na dwa dni i dwie noce trafiło do marynaty z octu, oleju, miodu, cebuli, marchwi, selera i ziół, których pełną kompozycję zna koleżanka Magda.
Jeden udziec, grzbiet i żebra włożyłem do solanki, gdzie leżały trzy lub cztery dni przygotowując się do wędzenia. Reszta mięsa została zamrożona (i tylko w tym punkcie nasza praca różni się od średniowiecznej, ot przywilej wygodnych czasów).
Mięso z marynaty zjedliśmy z rusztu, w formie szaszłyków z cebulą i suszoną śliwką, było bardzo smaczne, choć niektóre kawałki z karkówki były gumowate.
Mięso przygotowane do wędzenia po wyjęciu z solanki osuszyłem i oprószyłem cząbrem i rozmarynem. Po czym okazało się, że w skrzyni wędzarni "na zimny dym" zagnieździł się jakiś świergotek i musiałem zmienić plany. Toteż udziec umieściłem w mniejszej wędzarni na dym zimny, a gnoty wędziłem w piecu dymem ciepłym. W sumie to wędzę cały czas więc temat smaku i zastosowań kulinarnych tych wędzonek będe musiał poruszyć w innym wpisie.
Ps. A tak rośnie boczek...
Subskrybuj:
Posty (Atom)











































